niedziela, 9 czerwca 2013

Spacer z bratem

Położyłam dzieci i zwinęłam się do pociągu. Kierunek Wrocław.
Potrzeba mi było odrobiny samotności i po trzech nieprzespanych nocach dużo snu.
Niestety do pierwszej czytałam a już o trzeciej dotarliśmy do Katowic. Noc sobotnia, młodzież z imprez wracała więc ze spania nici. Brzdąc za to spał jak w domu.


Z jednej strony było bezpiecznie bo mieliśmy przedział tylko dla siebie tuż obok konduktorów, z drugiej w związku z tym panował ruch jak w środku dnia, w centrum miasta. 
We Wrocławiu byliśmy po szóstej. Na śniadanie postanowiłam zjeść osławioną pitę (jajecznicy nie serwowali) . Siadając do stolika odpadło mi koło od wózka (M. coś majstrował usiłując wcisnąć wózek do przedziału). Dzięki pomocy sympatycznego małżeństwa udało się opanować sytuację. Potem poszłam szukać przystanku, z którego odeżdżają autobusy do szpitala.
Czasu do odwiedzin było jeszcze dużo i  nagle uderzyło mnie, że niewiele wiem o tym jak Zbyś spędzał czas mieszkając tutaj a przecież mieszkał tu wiele lat.
Postanowiłam przejść się na rynek. Po drodze zastanawiałam się gdzie bywał, z kim się spotykał.
Najpierw rotunda. Ciekawe czy pijał tu piwo za znajomymi?
Na szczęście był podjazd dla wóżków. A na górze:


Dla mnie Lech dla niego Harnaś ;).


Całej wyprawie towarzyszył oszałamiający zapach jaśminu. Szybko zlokalizowałam źródło.


Na pasach rozsypała mi się torebka. Szybko zebraliśmy bałagan unikając zderzenia z motocyklistą.


Droga na rynek, w porannym słońcu, bardzo malownicza.


Oczywiście musieliśmy dotknąć Forianka na szczęście.


Było jeszcze wcześnie więc na targu cisza.


Poszliśmy na piwo. Co tam, że przed dziewiątą...
Brzdąc zgłodniał więc załapałm się raptem na trzy łyki.


Karmienie w zaciszu zamkniętego jeszcze ogródka tuż przy fontannie. 



W trakcie pojawiła się malownicza pani w meksykańskim kapeluszu. Zdecydowanie postrzegała rzeczywistość w sposób odstający od przyjętych norm - wystraszyła tym dwóch zagramanicznych chłopców, którzy wcześniej z zainteresowaniem przyglądali się śniadaniu Brzdąca. 
Skojarzenie z Anitą Ekberg nasunęło się niemal natychmiast.
Dolce vita :D.



Serwis pieluchowy odbył się na stoliku, Brzdącowi nie zrobiło to różnicy :).



Nie mogło się obejśc bez zdjęć przy fontannie.



Przypomniało mi się, że kiedyś piliśmy ze Zbychem piwo w Spichlerzu. Obok stoi skarbonka, do której wrzuca się pieniądze na leczenie dzieci. Dorzuciliśmy swoje trzy grosze.


Kupiliśmy kwiaty dla Ciotki - nasze były w tym pustym wazonie.


I balonik dla Marysi.


Pożegnaliśmy rynek bo zaczęło się robić późno.


Targ zaczął już ożywać. Przypadkiem kupiłam w promocji trzy pary kolczyków za 15 zł :).


Po drodze wrocławskie dziwadła.



Wracając przeszliśmy przez park przy mijanym wcześniej Teatrze Lalek.


W środku urocza niespodzianka - karuzela jak z piosenki.


Muszę tu kiedyś zabrać wszystkich chłopców!


I pojechaliśmy do Brochowic.

7 komentarzy:

  1. to się nazywa remiks emocjonalny

    OdpowiedzUsuń
  2. zaszalałaś, niezła wyprawa
    Inga

    OdpowiedzUsuń
  3. piękne wspomnienie a prywatnie kocham Wrocek

    OdpowiedzUsuń
  4. Też lubię wro

    OdpowiedzUsuń