wtorek, 18 czerwca 2013

Jedziemy

Przed blokiem zakwitły malwy, zawsze kojarzą mi się z narodzinami Bestii i pierwszym spacerem :).


Na balkonie też co raz więcej kwiatów.


Tymczasem Brzdąc dzisiaj w wersji "nie masz cwaniaka nad Warszawiaka":



Tu oryginał w wykonaniu Grzesiuka:



Powoli się pakowaliśmy ale Bzykowi udało się jeszcze przejść ze mną do sklepu, czyli czas wyprawy przedłużył się trzykrotnie ale miał tyle radochy, że nie mogłam mu odmówić.


Bestia po południu zaliczył kolejne urodziny - tym razem w kawiarni Hocki Klocki. Podobno było super. 
W końcu wyruszyliśmy na wieś z tylko godzinnym poślizgiem.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Prawdziwa historia...

"Czwarta nad ranem..." - o tej porze zaczęłam dzień. Najpierw obudziły się dzieci a potem nie mogłam zasnąć.
Na śniadanie Bzyk po raz pierwszy skusił się na jajka.


Do tego momentu było sympatycznie. Potem niestety zaczęło się upalne marudzenie.
Chwilowe rozprężenie, przy okazji przebierania, które zaowocowało kompletnym pozbyciem się ubrań, niestety zakończyło się rękoczynem.


Nie, to nie ja zmieniłam zasady. To Bzyk wariując szturchnął Brzdąca. W sumie nic mu nie zrobił ale malec solidnie się wystraszył i ropoczął się koncert na dwa głosy. 
Uff nie było łatwo ale jakoś udało się opanować sytuację i chłopcy się pogodzili.
Sporą częśc dnia spędziliśmy na sportowo ;).



Po południu drugi koncert. M wpadł na chwilę, wychodząc nie zabrał ze sobą Bzyka co wywołało dziką rozpacz. Rozżalony przybiegł do sypialni akurat w trakcie karmienia.
Tym razem róznież udało się opanować sytuację.
M. po powrocie zabrał w końcu chłopców na obiecany spacer.


W tym czasie Bestia bawił się na urodzinach u koleżanki (znowu w Kameleonie). Impreza się udała więc wrócił do domu bardzo zadowolony.


Zanim udało mi się towarzystwo ołożyć spać zrobiła się prawie 22-ga.


"Prawdziwa historia króla skandali"


Ten film obejrzał Zbyś przed wypadkiem.
Spotkałam się dzisiaj z dziewczyną z którą spędził tamten wieczór.  Wiem, że po seansie zjedli pizzę, odprowadził ją do domu, rozmawiali. Potem wrócił pod Hard Rock Cafe po Magdę i pojechał...
P. jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za to spotkanie, było dla mnie bardzo ważne. 
Świdrujące "dlaczego"? wciąż bez odpowiedzi ale troszkę mi dziś łatwiej.


sobota, 15 czerwca 2013

2 latka - urodziny Bzyczka

O godz. 0:55 mój synek skończył dwa latka. Jak ten czas leci...



Wtedy:


Dziś o tej porze smacznie spał:


Dziadkowie zabrali Bzyka i Bestię do Nieporętu.



Ponieważ Zbyś nie mógł wpaść, chłopcy wpadli do niego.


Oczywiście zachowywali się "niestosownie" ale akurat Młodemu by to nie przeszkadzało ;).

Potem moc atrakcji urodzinowych. 
Nie mogło się obejść bez dmuchańców.


I bez placu zabaw.


Wymęczeni wrócili do domu na przyjęcie.


Przygotowanie imprezy z Brzdącem nie jest łatwe więc było głównie na zimno i z pół godzinnym poślizgiem.


Przy okazji prezentów Bestia też się załapał bo dziadkowie w lipcu nie będa mogli znowu przylecieć. Dostał piłkarzyki, które zachwyciły nie tylko obu chłopców ale też dorosłych ;).


Bzyczek od dziadków dostał cudne łóżeczko - sam wybierał wzór.




Były też inne prezenty.


Lego duplo zajęło chłopców na długo.


Jednak największą atrakcją było dmuchanie świeczek. Powtórzyliśmy kilka razy :D.


Tort-tarta pyszny. 
Tylko Ciotka pochłonięta Marysią nie zdążyła życzeń bratankowi złożyć ;).
Bestia pojechał spać z dziadkami a wymęczony Bzyk szybko zasnął.


Było sympatycznie tylko szkoda, że przez szybę. Najważniejsze, że dzieci zachwycone.



środa, 12 czerwca 2013

Przyjęcie

Tymczasem słońce wstało jak zwykle.
Dwa tygodnie temu Bestia zaprosił kolegów z przedszkola na przyjęcie urodzinowe. Postanowiliśmy nie odwoływać, żeby nie kojarzył tego co się stało w ten sposób. Został wczoraj z dziadkami w Nieporęcie więc poprosiliśmy panie z przedszkola, żeby w razie watpliwości potwierdzały, że przyjęcie się odbędzie.

Brzdąc dorósł już do grzechotki. Jeszcze nie potrafi jej używać ale przyglądał się z zainteresowaniem.


Ponieważ są dziewczynki na szybko zamówiliśmy też tort dla Bzyka, który obchodzi urodziny za kilka dni. Przyjęcie tylko dla dzieci więc nie musiałam się zmuszać do rozmów z dorosłymi poza krótką wymianą informacji. 
Dzieci dotarły w ostatniej chwili. Impreza odbywała się w klubie Kameleon. Niestety ani Bzykowi ani dziewczynkom miejsce nie przypadło do gustu więc po pół godzinie wrócili do domu. Natomiast sześciolatki bawiły się doskonale. 


Było mnóstwo gości i prezentów. Tort oczywiście z Ninjago:


Bestia zdmuchnął za pierwszym razem, co było o tyle łatwe, że świeczka była tylko jedna ;):


W trakcie cały czas dzielnie pomagało mi moje najstarsze dziecko z żoną. 



Bestia szczęśliwy i obładowany prezentami wrócił do domu.
Tymczaem wcześniej na szybko w domu zorganizowaliśmy przyjęcie alternatywne. Bzyczek zdmuchnął swoją świeczkę.


Tort został pokrojony prezentem od ciotki - Bzyczek dostał sztućce z wygrawerowanym imieniem, podobne do takich, które ma Bestia.



Bliźniaczki musiały już jechać ale M i K jeszcze zostali. Bzyk dostał od nich prezent, który zachwycił obu chłopców: Robofisha. Radości było co niemiara.


Bestia też cieszył się swoimi prezentami. Chłopcy prowadzili między innymi prace wykopaliskowe.


Bestia przed snem poczytał jeszcze książkę o Ninjago i wymęczony zasnął.
Tymczasem Bzyk po godzinie usypiania zbuntował się i dotrzymywał nam towarzystwa niemal do pierwszej.




Przed naszym balkonem z powodu remontu na lotnisku podchodzą do lądowania samoloty. Każdy przypomina mi o tym, że przez przypadek po raz pierwszy poleciałam właśnie ze Zysiem (WM), nieistniejącymi już liniami lotniczymi.




Kiedy  wznieśliśmy się ponad chmury, Zbyś oszołomiony jeszcze po odbywającej się wieczór wcześniej imprezie imieninowej M., wzruszył się widokiem.



Byliśmy w Londynie, to była świetna wycieczka.




poniedziałek, 10 czerwca 2013

Do zobaczenia...

W mocno odrealnionej scenerii pożegnaliśmy Wujka Młodszego.


Jesteś najlepszym wujkiem na świecie.
Bardzo nam Ciebie brakuje.
Do zobaczenia za jakiś czas.


niedziela, 9 czerwca 2013

Spacer z bratem

Położyłam dzieci i zwinęłam się do pociągu. Kierunek Wrocław.
Potrzeba mi było odrobiny samotności i po trzech nieprzespanych nocach dużo snu.
Niestety do pierwszej czytałam a już o trzeciej dotarliśmy do Katowic. Noc sobotnia, młodzież z imprez wracała więc ze spania nici. Brzdąc za to spał jak w domu.


Z jednej strony było bezpiecznie bo mieliśmy przedział tylko dla siebie tuż obok konduktorów, z drugiej w związku z tym panował ruch jak w środku dnia, w centrum miasta. 
We Wrocławiu byliśmy po szóstej. Na śniadanie postanowiłam zjeść osławioną pitę (jajecznicy nie serwowali) . Siadając do stolika odpadło mi koło od wózka (M. coś majstrował usiłując wcisnąć wózek do przedziału). Dzięki pomocy sympatycznego małżeństwa udało się opanować sytuację. Potem poszłam szukać przystanku, z którego odeżdżają autobusy do szpitala.
Czasu do odwiedzin było jeszcze dużo i  nagle uderzyło mnie, że niewiele wiem o tym jak Zbyś spędzał czas mieszkając tutaj a przecież mieszkał tu wiele lat.
Postanowiłam przejść się na rynek. Po drodze zastanawiałam się gdzie bywał, z kim się spotykał.
Najpierw rotunda. Ciekawe czy pijał tu piwo za znajomymi?
Na szczęście był podjazd dla wóżków. A na górze:


Dla mnie Lech dla niego Harnaś ;).


Całej wyprawie towarzyszył oszałamiający zapach jaśminu. Szybko zlokalizowałam źródło.


Na pasach rozsypała mi się torebka. Szybko zebraliśmy bałagan unikając zderzenia z motocyklistą.


Droga na rynek, w porannym słońcu, bardzo malownicza.


Oczywiście musieliśmy dotknąć Forianka na szczęście.


Było jeszcze wcześnie więc na targu cisza.


Poszliśmy na piwo. Co tam, że przed dziewiątą...
Brzdąc zgłodniał więc załapałm się raptem na trzy łyki.


Karmienie w zaciszu zamkniętego jeszcze ogródka tuż przy fontannie. 



W trakcie pojawiła się malownicza pani w meksykańskim kapeluszu. Zdecydowanie postrzegała rzeczywistość w sposób odstający od przyjętych norm - wystraszyła tym dwóch zagramanicznych chłopców, którzy wcześniej z zainteresowaniem przyglądali się śniadaniu Brzdąca. 
Skojarzenie z Anitą Ekberg nasunęło się niemal natychmiast.
Dolce vita :D.



Serwis pieluchowy odbył się na stoliku, Brzdącowi nie zrobiło to różnicy :).



Nie mogło się obejśc bez zdjęć przy fontannie.



Przypomniało mi się, że kiedyś piliśmy ze Zbychem piwo w Spichlerzu. Obok stoi skarbonka, do której wrzuca się pieniądze na leczenie dzieci. Dorzuciliśmy swoje trzy grosze.


Kupiliśmy kwiaty dla Ciotki - nasze były w tym pustym wazonie.


I balonik dla Marysi.


Pożegnaliśmy rynek bo zaczęło się robić późno.


Targ zaczął już ożywać. Przypadkiem kupiłam w promocji trzy pary kolczyków za 15 zł :).


Po drodze wrocławskie dziwadła.



Wracając przeszliśmy przez park przy mijanym wcześniej Teatrze Lalek.


W środku urocza niespodzianka - karuzela jak z piosenki.


Muszę tu kiedyś zabrać wszystkich chłopców!


I pojechaliśmy do Brochowic.